czerwca 07, 2014

Have you heard the news that you're dead?

Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, gdzie trafię po swojej śmierci. Zwykle byłem zbyt pijany, aby to zrobić. Przestałem chodzić do kościoła, gdy skończyłem 11 lat. Niezbyt lubiłem tam chodzić, ale moja matka kazała mi to robić. Mówiła, że to dla mojego dobra. Opowiadał o tym, jaki to Bóg jest dobry i sprawiedliwy dla swoich dzieci.
Jak bardzo wtedy kłamała. Ojciec zostawił ją, a ona też przestała wychodzić gdziekolwiek. Wolała zostać w domu i oglądać głupie telenowele. Ja poświęciłem się grze na gitarze. Wstąpiłem do zespołu, który zapowiadał się całkiem nieźle. Niestety po dwóch latach zostałem wyrzucony, za... Nie wiem, co to było. Może po prostu im się znudziłem. Wyrzucili mnie jak starą, niepotrzebną zabawkę, którą już nikt nie chcę się bawić. Na szczęście inne kapele stały przede mną otworem. Byłem młody, ale już snułem wielkie plany na temat mojej przyszłości, jako rockmen.
W końcu w wieku 24 lat znalazłem odpowiedni zespół. Zaprosił mnie do niego znajomy. Chłopak miał na imię Ray i też występował na różnych konkursach. Było nas pięciu. Ja, Mikey (basista). Ray(gitara prowadząca), Mat(perkusista) i Gerard(wokalista). Ten ostatni był nieco bardziej rozgarnięty ode mnie. Przez dłuższy czas kłóciliśmy się o sposób w jaki zaśpiewamy niektóre piosenki. Gerd nie dawał za wygraną. Zawsze chciał mieć rację i każdy musiał się z nim zgadzać. Ja miałem swoje zdanie i to mu przeszkadzało. Kiedyś za karę obrał denerwowanie mojej dziewczyny, Jamii. Pierwszy raz, gdy pocałował mnie na scenie... To było dziwne uczucie. Nie wiem, czy mi się podobało, ale i wiem, że chłopak był wtedy w 100% pewny swoich poczynań.
Nie miałem życia. Dziewczyna ze mną zerwała i zostałem kompletnie sam. Przez dłuższy czas zostawałem w domu. Upijałem się do nieprzytomności. Gerard przyszedł do mnie. Nie przeprosił mnie. Po prostu siedział przy mnie przez kilka dni. Poddałem się mu. Chłopak uzyskał nade mną 100% władzę. Mogłem mu powiedzieć o wszystkim, a on mnie słuchał. Pomagał mi, ale nie przestał stosować tych dziwnych kar. Ciągle szukał jakiejś wymówki, aby być blisko mnie. Ja też tego  chciałem. Może dopiero teraz to zauważyłem. Żądałem jego uwagi.
Wtedy mogłem to przerwać. Zanim obróciłem tę broń przeciwko sobie.
***
-Jak się dziś czujesz, Franks?-pyta chłopak o czarnych, niezbyt długich włosach.
Nie odpowiadam. Po prostu udaję, że go tu nie ma. Upijam łyk zimnego piwa. To najlepsze rozwiązanie tej sytuacji.
-Zrobiłem coś?-pyta.
Szatyn nie daje za wygraną. Zrzuca piwo ze stołu i zmusza mnie do spojrzenia w jego zielone oczy. Te same, które kilka lat temu mnie uwięziły. Te, którym nie mogę się oprzeć...
Pochylam się. Kilka centymetrów dzieli moje i jego usta. Taka mała różnica, która znaczy dla mnie tak wiele. Popycham go na podłogę. Sam upadam na niego, przyciskając swoje wargi do jego. On się nie sprzeciwiał. Oddawał pocałunek z wielkim zaangażowaniem. Nawet nie musiałem go do tego zmuszać. Uśmiechnąłem się i kontynuowałem. 
-CO TU SIĘ DZIEJE?!-krzyknął ktoś.
***
Szkoda, że wtedy nie zauważyłem Mikiego. On nam wszystko przerwał. Słyszałem potem, jak kłóci się o coś z Gerardem, ale to było wtedy takie nieistotne. Żyłem tym pocałunkiem aż do chwili mojej śmierci kilka miesięcy później. Bycie martwym nie jest takie złe. No może oprócz tego, że zabił cię kolega z zespołu. Mikey nie mógł się pogodzić z tym, że jego brat jest gejem, ale przecież nim nie był. To tylko pocałunek. Nic więcej.
Otwieram oczy. Widzę osobę, która pochyla się nade mną. Ta sama pogodna twarzyczka jest teraz zapłakana. Ostatkiem sił wyciągam rękę i decyduje się na ten ostatni czuły gest.
-Gee...
-Nie możesz mnie zostawić. Nie teraz, Frankie. Nie możesz mi tego zrobić.-chłopak szlocha.
Widzę w jego ręku nóż, który niedawno tkwił w mojej piersi. 
-Nie... Rób tego...-mówię tylko, ale do niego to nie dociera. Nie przerywam kontaktu wzrokowego. 
-To jedyny sposób, abyśmy byli razem.
Ile jeszcze mi zostało? Kilka ostatnich minut? Chyba tak. 
Rusz dupę, Frank. Musisz mu to powiedzieć. Teraz, albo nigdy. Decyduj.
-Ger... Muszę coś ci powiedzieć.-składam powoli słowa w pełne zdanie.
-Tak?-chłopak patrzy na mnie ponownie tymi zielonymi oczami.
-Ja... Kocham...
-Tak...?
Przełykam ślinę.
-Kocham cię.-wykrztuszam.
Jego usta wykrzywiają się w uśmiechu. Chłopak składa ostatni pocałunek na moich ustach, a potem przebija swoje serce. Upada obok mojego ciała, lecz jeszcze nie umiera. Słysze, jak oddycha. Powoli i miarowo. Splatam nasze dłonie. Zamykam oczy.
-Też cię kocham.
To ostatnie słowa, które słyszę. 
Umarłem...
Już nigdy nie zobaczę wschodu i zachodu słońca. Chociaż są tego plusy... Nie jestem tu sam. Mam kogoś, kto kocha mnie tak mocno, jak ja.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Trochę mi zostało do dokończenia opowiadania, ale trzymajcie to. Pisane z prawdziwym bólem i stratą. Łapcie moje serce. ♥ 
MyChemicalDestroya


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz