Przesiedziałem całe trzy dni w zamkniętym pokoju i nie rozmawiałem z chłopakiem, który przychodził co jakiś czas i pytał, czy wszystko w porządku. Mogłem przestudiować każdy obraz na ścianie. Widać było, że mieszkał tu ktoś, kto miał pieniądze. Wszystko zachowało się znakomicie, jakby dopiero miesiąc temu ktoś stąd wyjechał. Rozpoznawałem niektórych artystów, jak Santiego, Turnera, lub też sam Leonardo da Vinci. Doceniałem ich jeszcze za życia, kiedy matka pokazywała mi różne współczesne obrazy, które dała nam jakaś okropna, stara kobieta na targowisku, a ja nie widziałem w tym grama sensu, aby jakoś żyć malując nagie kobiety, czy też widoki morza. Ci jedyni artyści byli naprawdę pociągający w swojej pracy mimo iż też czasem malowali kobiety, jednak mi to nie przeszkadzało bo mimo to, zajmowali się zawsze jeszcze czymś innym, bo obrazy obnażonych dziewczyn stawały się jak dla mnie, coraz to bardziej nudne. Za to zawsze lubiłem zawiesić wzrok na obrazie Williama Turnera Rybacy na morzu, bo miał w sobie coś, co przyciągało mnie do niego za każdym razem, gdy byłem małym chłopcem. Wszystko wyglądało tak, jakby zapamiętał on dokładnie dany moment. Też kiedyś chciałem to robić, ale w wieku 15 lat się poddałem i od tamtej pory ani razu nie dotknąłem płótna.
Więc czemu teraz szkicowałem cokolwiek na małym kawałku kartki, który znalazłem w mahoniowym biurku w rogu pokoju? Sam nie wiem. Po prostu czułem się, jakbym w końcu znalazł się w miejscu, które należało tylko do mnie. Dodatkowo czerwone ściany pobudzały moją chorą wyobraźnie o różnego rodzaju zabójstwach, które zawsze ojciec znajdował w gazecie. Początkowo mnie to przerażało,gdy ten mówił o tym cały czas matce, jakby to on sam wymyślał te chore pomysły, jak zabijać biedne kobiety, które tylko przemierzały spokojnie nocą ulicę Londynu. Bałem się mu cokolwiek powiedzieć, bo wiedziałem, że od razu zacznie się na mnie wydzierać i tylko wyślę mnie do mojego pokoju. Jako ośmiolatek zaczynałem robić się tak ciekawy świata, że w końcu o to zapytałem. Ku własnemu zdziwieniu ojciec posadził mnie na swoim prawym kolanie, na drugim posadził mojego o trzy lata młodszego brata Mikey'ego na drugim i zaczął nam opowiadać o trudnych rozprawach w sądzie i nieudolnej straży, która próbowała złapać seryjnego mordercę. Mój brat od razu uciekł i poskarżył się matce, a ja zawzięcie wsłuchiwałem się w każde słowo ojca z zainteresowaniem. Nie widziałem w tym nic strasznego, ani niebezpiecznego. Każdy był człowiekiem i każdy miał inne zainteresowania. Ja w rodzinie byłem tym bardziej odważnym. Miałem jeszcze inne rodzeństwo, ale Mikey'ego kochałem najbardziej, bo jako jedyny nie odwrócił się ode mnie i wciąż mnie wspierał, nawet siedząc ze mną do późna w nocy, gdy płakałem bez powodu.
Dotknąłem swoją bladą i rozdygotaną ręką policzka, po którym teraz płynęła przezroczysta, słona łza, która przez przypadek wymknęła się z mojego oka. Tak bardzo chciałbym znów przytulić swojego braciszka, ale raczej nie mam prawa już go nigdy zobaczyć. Umarłem i nawet nie wiem już, kim jestem i kim będę. Ile czasu jeszcze przeżyję na tym świecie nie jedząc, ani nie pijąc? Co mam ze sobą zrobić?
Pokręciłem głową, aby odrzucić od siebie natrętne myśli i wlepiłem wzrok w duże łóżka dla dwojga z całą biała pościelą. Gdybym miał taką w swoim starym pokoju, to musiałbym ją codziennie prać, bo nigdy nie byłem zbyt porządny. Gdy zabierałem się za sprzątanie, to wychodził z tego jeszcze większy bałagan, niż był. Uśmiechnąłem się pod nosem i przeniosłem wzrok na okno z brązowym obramowaniem. Krople deszczu spływały po szybie, a gałęzie pobliskiego drzewa uderzały o nie co jakiś czas. Wiatr wiał niemiłosiernie, jakby zaraz miała przyjść jakaś okropna burza. Zrezygnowany wstałem z zimnej podłogi i odłożyłem kartkę z nieskończonym rysunkiem na biurko. Otworzyłem cicho drzwi i rozejrzałem się. Frank spał tuż przy moich drzwiach pilnując, czy wszystko jest okej. Obejmował się swoimi drobnymi rączkami, a twarz zwróconą miał w lewą stronę. Wszystko zdawało się być czystsze, niż gdy pierwszy raz tu przybyliśmy. Biedaczek, pewnie się nad tym wszystkim napracował, a teraz musi leżeć w takiej niewygodnej pozycji opierając się głową o ścianę. Rano będzie go bolał kark, nie mówiąc już o tym, że będzie miał złe samopoczucie.
Od razu włożyłem jedną rękę pod jego głowę, a drugą pod zgięcie kolan i podniosłem go ostrożnie. Całe szczęście chłopak miał mocny sen i tylko mlasnął językiem. Zaniosłem go do dużego łóżka w pokoju którym przebywałem, aby mieć go na oku i dać mu powód, aby mnie choć trochę polubił i nie był na mnie zły. Zabrałem kołdrę i ułożyłem go od strony ściany, aby zaraz położyć się na miejscu obok niego i przykryć nas oboje dużą warstwą kołdry i kilku koców, które zdążyłem wyciągnąć z szafy. Miałem już ułożyć się do snu, kiedy chłopak wyciągnął dłonie i złączył je dopiero, gdy znalazły się one na mojej szyi. Frank przysunął się bliżej mnie i wymruczał coś niezrozumiałego, jak dla mnie. Ułożyłem jego ręce w wygodniejszej pozycji i objąłem go w pasie. Miał długie rzęsy, które rzucały cień na jego policzki. Teraz mogłem mu się przyjrzeć z takiego bliska, jak nigdy dotąd. Bardzo mi się to podobało, bo mogłem....Sam nie wiem, co mogłem, ale przybliżyłem się jeszcze bardziej i musnąłem ustami jego ciepłą szyję. Jakimś cudem słyszałem szumiącą krew w jego żyłach, która sama prosiła mnie o to, abym jej skosztował. Wręcz mnie o to błagała, a ja temu uległem. Poczułem nieprzyjemne mrowienie w dziąsłach, a już po chwili przymykałem oczy wysysając drogocenną krew z chłopaka, który dał mi schronienie. Początkowo nie rozumiałem, co takiego się ze mną dzieje, ale zaczynałem być pełny energii. Cudowna ciecz zalewała moje podniebienie i trafiała do moich własnych żył sprawiając, że moje serce zaczęło na nowo bić i pozwoliło mi być ponownie żywym, jak tego dnia, zanim spadłem z klifu i zmasakrowałem swoje własne ciało, bo chciałem się zabić i zniknąć z tego życia. Krew chłopaka była tak słodka, że nie mogłem jej się oprzeć. Dopiero coraz to słabszy puls u Franka wybudził mnie z tego dziwnego transu i pozwolił mi się odsunąć jak najdalej od niego.
W tamtej chwili tylko spanikowałem i uciekłem do lasu, aby ocalić chłopaka przed samym sobą...
* * *
~Frank~
Pamiętam, że zasnąłem na podłodze czekając, aż Gerry wyjdzie z tego pokoju i porozmawia ze mną na spokojnie o tym, co się z nim dzieje. Nie chciałem, aby się mnie bał, a tym bardziej, aby mi gdzieś uciekł. Widziałem w jego oczach coś, co sprawiło, że chciałem, aby był tylko mój, więc gdyby powiedział, że chcę odejść, na pewno poszedłbym za nim i nie puścił go nigdzie.
Obróciłem się na drugi bok i o dziwo nie poczułem żadnego bólu. No, może coś było troszkę nie tak z szyją, ale nie było to na tyle mocne, abym cierpiał i płakał pół dnia. Przetarłem oczy i rozejrzałem się po pustym pomieszczeniu. Gerard siedział w fotelu i nawet nie patrzył w moją stronę. Włosy miał całe mokre, przez co lepiły mu się do twarzy. Albo wychodził na zewnątrz, albo w końcu zdecydował się na prysznic. Usiadłem spokojnie i przyglądałem się mu z boku. Chciałem przejechać dłonią po szyi, aby zetrzeć kropelki potu, które pojawiły się na niej, ale teraz poczułem jakiś materiał, który się na niej znajdował. Chciałem go już odwiązać, kiedy usłyszałem słowa, który wychodził z ust chłopaka.
-Nawet nie próbuj, Frank.-powiedział i spojrzał w moją stronę, czego gorzko teraz żałowałem. Jego oczy wydawały się być zimniejsze niż lód, a usta wyrażały niezadowolenie.
Czy ja zrobiłem coś, co mogło go choć trochę urazić? Przez kilka dni nie gadaliśmy, a teraz on jest na mnie zły, jakby to była moja wina?
Powstrzymałem łzy i opuściłem pokój. Udałem się do łazienki, aby przetrzeć twarz i jakoś się ocucić, wyobrażając sobie, że to tylko głupi sen. Obmyłem twarz i spojrzałem w lustro. Miałem na szyi jedną z ulubionych jedwabnych chust mojej mamy. Ta w kolorze fioletowym, która podkreślała kolor jej 'magicznych' oczu, jak zawsze je nazywałem. Z prawej strony zrobiło się przebarwienie, więc powoli odwinąłem supełek i zdjąłem ją. Pierwszą rzeczą, jaką dostrzegłem była zaschnięta krew, więc szybko sięgnąłem po ręcznik i pozbyłem się jej z mojej szyi. Dopiero teraz dostrzegłem dwie dziurki, które ktoś musiał mi zostawić, gdy smacznie spałem.
-Frankie...-poczułem ramiona, które zacisnęły się wokół mojej tali. Tylko Gerard był w moim domu i dobrze wiedziałem kim on jest, a mimo to przyprowadziłem go do swojego domu. Przyprowadziłem tu tego pierdolonego wampira, który mnie ugryzł, mimo mojej szczodrości, ale w sumie powinienem go trochę zrozumieć. Nie jadł tyle dni. To cud, że mnie nie zabił.-Nie chciałem...-szepnął przejeżdżając kciukiem po mojej nowej ranie na szyi. Skrzywił się trochę. Nawet bał się spojrzeć mi w oczy.
Niepewnie objąłem go wokół szyi i stanąłem na pacach, aby złożyć krótki pocałunek na jego bladej szyi.
-Już. Spokojnie Gee. Jest dobrze.-powiedziałem spokojnie uśmiechając się szczerze. Wiem, że by mnie nie zranił. Chciał za to przeprosić, tylko nie do końca wiedział, jak to poprawnie zrobić. Biedny pewnie całą noc nie mógł przez to spokojnie spać.-Piłeś coś oprócz mojej krwi...?-zapytałem cicho.
-Tak.-pokiwał głową nieśmiało.-Zaraz po tym uciekłem i natrafiłem na jakąś kobietę, która klęczała przy grobie i płakała.-powiedział spuszczając wzrok. Wzdrygnąłem się delikatnie, ale na szczęście on tego nie zauważył, więc uniosłem jego głowę tak, aby spojrzał mi w oczy. Posłałem mu tyle miłości ile tylko mogłem, aby mógł się uspokoić.-Franiu, ty świecisz...-dotknął delikatnie mojego policzka, który pewnie teraz zrobił się cały czerwony. Chłopak tylko uśmiechnął się tak szeroko, że mogłem sobie to do tej pory tylko wyobrazić.-Kocham kolor czerwony.-szepnął mi do ucha i pociągnął mnie do kuchni, gdzie czekała nas mała uczta.
Nie spodziewałem się jednak, że moja matka wróci tak szybko ze swojej podróży.
-Frank Anthony Iero masz 5 minut, aby mi wyjaśnić, co tu się dzieje.-warknęła patrząc na mnie karcącym wzrokiem.
-To będzie długa historia mamo.-szepnąłem puszczając dłoń chłopaka i wlepiając wzrok w jej buty. Poczułem jego zimne palce, które delikatnie dotknęły moich pragnąc dodać mi otuchy.-Znalazłem Gerarda na cmentarzu i on...Nie wiedział kim jest i co tu robi. Ktoś musiał go tam zostawić i nie zainteresował się tym, że chłopak może umrzeć.-mówiłem spokojnie.-Przyprowadziłem go tu i nakarmiłem oraz dałem mu miejsce do spania, aby się zregenerował...
-Właśnie widzę, jak go nakarmiłeś.-przerwała wskazując palcem na moją szyję.
Automatycznie przyłożyłem do tego miejsca dłoń i popatrzyłem na nią smutno. Chłopak był dla mnie jak brat i nie chciałem, aby umarł, tak jak Louis, który opiekował się mną przez wiele lat, aż tak nagle zniknął, a jego ciało znaleźli dopiero po paru tygodniach w rzece.
-To mój przyjaciel.-splotłem jego palce ze swoimi i spojrzałem jej pewniej w oczy.-Nie pozwolę, aby odszedł.
Kobieta tylko pokręciła głową i ruszyła do swojego pokoju, w którym czuła się najbezpieczniej i pewniej, bo mogła tam robić to, co tak kocha, czyli pisać. Ja westchnąłem tylko zirytowany tym, że nie powiedziała mi nic, co kazało by mi stąd wyjść nie zabierając żadnej ważnej rzeczy. W tej chwili chciałem stąd uciec i zostawić za sobą wszystko. Chyba nie obchodziło jej już to, że jej młodszy syn jedyne co robi od kilku miesięcy, to tylko picie i siedzenie w domu. Wyjątkowo wyszedłem wtedy z domu, aby uczcić swoje urodziny i potraktowałem spotkanie Gerarda jako swój własny, wymarzony prezent o którym zawsze marzyłem.
-Chodźmy się przejść.-zaproponował chłopak, a ja od razu się zgodziłem. Muszę o tym wszystkim zapomnieć.