Właśnie zaczynał się ósmy miesiąc ciąży mojego ukochanego. Co najlepsze, chłopak czuje się świetnie. Tak długo czekaliśmy, aby zrobić USG. Bardzo chcieliśmy wiedzieć, co nasz czeka. Informacja, że będziemy mieli syna nie była dla nas takim wielkim szokiem, jak na samym początku. Mogliśmy przygotować dla malucha jakieś porządne imię, które będzie pasowało do nazwiska, jak i do charakteru dziecka.
Jestem pewien, że będzie będzie taki, jak Gerard. Chłopak co chwilę marudzi, że kopie, albo się przekręca, co go trochę boli, ale mimo to uśmiecha się jak głupi. Miesiąc szybko zleci, a my będziemy pełną rodziną....Chyba, że choroba chłopaka da o sobie znak. Oby tak nie było, bo ja nie wiem, co bym bez niego zrobił.
Spojrzałem na chłopaka znad książki. Wciąż jeszcze spał. Często wstawał gdzieś po godzinie 13, więc miałem jeszcze dużo czasu, żeby przygotować śniadanie, lub obiad i posprzątać dom. Dziś miał przyjść Mikey z Ray'em. No i jeszcze Andy. Chcieli pobawić się w kupowanie prezentów dla małego. Nie mam im tego za złe. Gorzej będzie, jak Gerardowi nie spodobają się prezenty, bo ostatnio jest straszną marudą i tylko ciągle wybrzydza. Ja jeszcze daje rade, ale co powiedzą oni.
Wstałem z fotela i poprawiłem koc, bo zaraz chłopak by się obudził i marudziłby, że jest mu zimno.
-Mmmm, Frankie....-zamruczał przez sen i przeciągnął się jak mały, słodki kotek.
Uśmiechnąłem się na ten widok. Po cichu opuściłem pokój i zająłem się przygotowaniem ciasteczek. Oczywiście przygotowałem je już wczoraj, ale ten głupek je zjadł. Chociaż plus jest taki, że mu smakowały.
Gdy ostatnio wyszliśmy do miasta (tak, wychodzimy z Gerardem z domu, bo dostalibyśmy jakiegoś fioła) zaszliśmy do schroniska i wzięliśmy jednego słodkiego pieska...No dobra, trzy słodkie pieski, bo nie mogłem się zdecydować na tylko jednego takiego słodziaka. Mój mąż uparł się jeszcze na chomika, więc ja jeszcze wziąłem kota, a on żółwia. I tym sposobem mamy dom pełen zwierzaków. Teraz wszystkie są głodne i patrzą na mnie tymi wielkimi oczami.
Nakarmiłem j i zabrałem się za przygotowywanie tych ciasteczek. Może mógłbym teraz jeszcze sobie pospać, ale nie, bo jest tyle pracy.
-Fraaaaank!-usłyszałem głos z sypialni.
Od razu tam pobiegłem. Chłopak leżał zwinięty na łóżku i trzymał się za brzuch.
-Jejku, co się dzieje?-uklęknąłem obok niego.
-Dziecko.....Boli.....-jęknął z bólu.-Jezu, Frank, dzwoń po karetkę!
Szybko odnalazłem telefon. Wszystkie karetki były zajęte. Musiałem wsadzić go do auta i zawieźć do naszej prywatnej kliniki, gdzie sprawdzaliśmy cały przebieg ciąży. Usiadłem pod salą i czekałem. Martwiłem się o niego. Przecież nie może mu się nic stać. Gerard i dziecko to moje dwa oczka w głowie. Co się mogło stać, że tak nagle....
-Panie Way?-lekarz stanął przede mną.
-Tak?!-od razu zerwałem się na równe nogi.
-Pana mąż....Cóż, wszystko jest okej....Dziecko jest całe.-uśmiechnął się pocieszająco.
Odetchnąłem z ulgą.
-A co z Gerardem?-zapytałem uśmiechając się.
-Została mu może godzina.-powiedział tylko i odszedł.
Załamany padłem na podłogę i powstrzymywałem się od płaczu.
"Weź się w garść, Frank. On cię teraz potrzebuje."
Otarłem te łzy, które zdążyły spłynąć mi po policzkach. Wszedłem do sali i spojrzałem na swojego ukochanego. Był strasznie blady. Wokół łóżka było pełno krwi i jakiś woreczków.
-Frankie, kochanie....-wyciągnął do mnie rękę.
Pochwyciłem ją od razu i usiadłem przy nim. Poprawiłem mu jego włosy i spojrzałem mu w oczy. Wydawał się być już całkowicie zmęczony tym, co się dzieje. Jakby tylko czekał na tą śmierć.
-Gee, miałeś się nie poddawać. Mieliśmy razem wychować nasze dziecko, pamiętasz?-szepnąłem. Nie powstrzymałem już łez, które ciągle wypływały z moich oczu.-Miałeś żyć. Przecież nic nie było, proszę....
-To by nie zadziałało. Operacje nie działają...-szepnął cicho.
-Błagam, Gerard. Musisz ze mną zostać. Ja sobie nie dam bez ciebie rady. Potrzebuje cię.-załkałem.-Proszę....
Chłopak tylko westchnął, ale się zgodził. Pozostało mi czekać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz